Projektor osobliwości (2017)

Inspektor spojrzał się z zadumą na ciało mężczyzny, które prawie w idealnej ciszy spoczywało na chłodnym i sterylnie czystym aluminiowym stole.

Ciało było całkiem nagie, miało odpowiednią konsystencję, barwę i zapach i nie ruszało się zachowując stosowną powagę, dokładnie taką, której należy oczekiwać w każdej szanującej się kostnicy.

- Apetyczne - pomyślał mężczyzna

Gustował w kobietach, ale dokładnie to słowo samo cisnęło się na usta.

Mężczyzna ze stołu rzeczywiście wyglądał na herosa, był przystojny, wysoki, umięśniony i wysportowany, nie miał żadnych szram, skaleczeń ani przerostów charakterystycznych dla nałogowych kulturystów.

Nawet po śmierci jego ciało nie straciło powabu i na swój sposób prezentowało się mocno apetycznie, jeśli wziąć oczywistą poprawkę, że było nieodwracalnie nieżywe i znajdowało się w tym stanie około trzech dni.

Efekt niezwykłości wzmagała ciasnota pomieszczenia i umieszczona centralnie nad stołem lampa, która oświetlała wszystko niezwykle jasnymi strumieniami halogenowego światła.

W sumie truposz miał szczęście, że przywieziono go do kostnicy miejskiej numer siedem.

Wszystko działało w niej niezwykle sprawnie i zawsze było tu bardzo czysto. To znacząco podnosiło jakość usług tej placówki, można wręcz powiedzieć, że swoją renomę zbudowała właśnie na regularnym myciu podłogi wodą z ogrodowego szlaucha i przecieraniu siermiężnych kafelków i półek przez niezwykle pedantyczną panią Krysię.

Szczęście w nieszczęściu.

Biedaczysko ze stołu nie musiał czekać w kolejce i od razu zrobiono mu badanie neuronowe, nie trafił też na rzeźników ani praktykantów, których świerzbią łapy i kroją co chcą, jak chcą i kiedy chcą.

Raport również nie pozostawiał wątpliwości i dlatego inspektor wiedział, że nie zleci pełnej sekcji. Nie było sensu tracić rządowych pieniędzy, których zawsze jest za mało.

- Szefie, to rzeczywiście projektor, skąd szef wiedział? – ostrożnie zapytał się jego zmiennik czytając po raz trzeci dokument patologa, który stał obok nich i mlaskał jak wieprz wcinając świeżą kanapkę z krwistą szynką.

- Projektor, projektor, i co z tego? - prychnął do młodego ignorując jego pytanie, potem uśmiechnął się do aluminiowych szuflad na ścianie, wypuścił idealne kółko z dymu i znowu zaciągnął się klubowym.

Nie przejmował się niczym.

Papierosy były wprawdzie zakazane, ale znajdowali się w takim miejscu, że każdy przymykał na nie oko. Był to wynik pewnej niepisanej umowy między ludźmi, którzy starali się wytrzymać dotyk wszechobecnej śmierci i w prosektorium masowo pili, palili albo ćpali dopalacze.

- Przynajmniej dobrze, że oszczędził nam długiego śledztwa - pomyślał z sympatią o denacie – na pewno trzeba sprawie uciąć łeb

No bo co mógł innego zrobić?

Jak jedną fabryczkę projektorów zlikwidowali, to trzy inne powstawały. Nikt nie przejmował się, że były nielegalne od pięciu lat - społeczeństwo dawało na proceder pełne przyzwolenie traktując problem jako wymysł idiotów z rządu.

- Od pięć lat, trzech miesięcy i dwóch godzin - obudził się elektroniczny notes, który podczas służby musiał mieć przyklejony na lewej skroni.

Nie znosił złomu, bo ten czytał w myślach, ale z drugiej strony rzadko się mylił i skoro tak twierdził to tak musiało być.

I właśnie dlatego inspektor wzruszył nie wiadomo do kogo ramionami i powiedział do młodego:

- Jedziemy, trzeba będzie wypełnić masę papierków

- Papieru nie używa się już od trzydziestu lat - usłyszał w swojej głowie

- Kurwa mać - przeklął cicho

- Masz się zgłosić do psychologa we wtorek punkt ósma zero zero - beznamiętnym głosem podsumowało urządzenie

- To raz trzeci w tym roku, polecą po premii, ale przynajmniej przez chwilę będzie można mówić co się chce - znów przebiegło mu przez myśl

Notatnik tym razem dyplomatycznie milczał, jego rola się skończyła i mógł zająć czymś innym swoje skomplikowane obwody.

Inspektor też oczyścił umysł. Nie miał co się spinać, miał zapewnioną robotę do końca życia i musiałby chyba wysadzić komisariat, żeby ją stracić.

Kiedyś jako mały chłopiec chciał być wprawdzie strażakiem, ale te niedorzeczne mrzonki zostały przekreślone pewnego listopadowego dnia.

- 21 grudnia 2035 - podpowiedział notatnik, który znowu się obudził

Tego dnia matka inspektora miała gorączkę, a ojciec idiota spóźnił się z synem na test dokładnie dwanaście minut. Tylko dwanaście minut i aż dwanaście minut. Nie był to byle jaki test, tylko test przez wielkie T. Od tego testu zależały losy każdego obywatela, którego nie wykupili rodzice. Pytania przygotowali najlepsi fachowcy, a miały one na celu uzyskanie bezspornej odpowiedzi na to, gdzie dane dziecko się nadaje.

Inspektor pamiętał wprawdzie tamten okres jak za mgłą, ale jednego był pewien - jego staruch zmarnował mu życie, a te dwanaście minut spowodowało, że nie zdążył odpowiedzieć na wszystkie pytania.

Oczywiście był jeszcze test pod wariografem i skan mózgu, ale nie zmieniało to niczego.

Test to test.

Zasady były jasne i do nikogo nie można było mieć pretensji, że zabrakło mu tylko dwóch punktów do poziomu C2.

Jego życie definitywnie zmieniło się tamtego dnia przez głupie dwanaście minut, potem zaczął uczyć się na dobrego glinę, awansował, łapał przestępców, trenował młodych i tak już zostało.

Czasem miał wątpliwości, ale zazwyczaj wystarczała sesja u psycholog i wszystko wracało do normy.

Szczęśliwe życie, w którym teraz dostał kolejne zadanie.

- Na razie – to było skierowane do patologa, którego znał jeszcze z podstawówki, potem skinął na młodego i opuścili pana N. N., który miał być pochowany na koszt miasta.

Wyszli z jasnego pokoju na wąski, niski i ciemny korytarz, następnie kręconymi schodami z białego kamienia przeszli na parter.

Hol był kwadratowy, niewielki, ale mocno oświetlony światłem z małego poziomego okienka nad drzwiami.

Inspektor oburącz pchnął wielkie, drewniane drzwi i wreszcie znaleźli się na hałaśliwej ulicy, na której czuć było smród przeżartego korupcją i zepsuciem miasta.

Rozejrzał się na lewo na i prawo.

Samochody, ciężarówki i autobusy, z których większość nie powinna jeździć, śmieci, spalony tłuszcz z tanich knajpek, wreszcie gówna psów i niepowtarzalny zapaszek zużytych kondomów, które tygodniami leżały na słońcu w parkach.

Nienawidził to wszystko i równocześnie nie wyobrażał sobie jak mógłby to opuścić.

Był środek dnia, słońce przypiekało, a ich służbowy krążownik szos stał zaraz przed wejściem zajmując jedno z niewielu miejsc parkingowych. Za wycieraczką leżał mandat, bo przekroczyli czas parkowania o pięć minut.

- Cholerny świat - pomyślał inspektor

Spojrzał na zegarek i stwierdził, że dobrzy są, z drugiej strony tak naprawdę nie miał do nich pretensji. Auto nie miało oznaczeń policyjnych i ludzie od parkowania nie posiadali informacji o prawdziwym właścicielu, więc wystawiali mandaty, z kolei ich anulowanie było codziennością tak długo, że inspektor zdążył się już do tego przyzwyczaić.

Wsiadł z młodym do samochodu, odpalił klekoczącą jednostkę V12 i przy wtórze klaksonów włączył się do ruchu na trzypasmowej ulicy.

Udali się do Mediego na hamburgery, a potem na najbliższy komisariat.

Camelot znajdował się w starym budynku. Oględnie mówiąc to była prowizorka, w której wszystkiego brakowało i wszystko się sypało, od pryszniców i podłóg na sufitach i oknach kończąc. Budynek był wciśnięty pomiędzy trzypiętrowe domki i nie przypominał w niczym miejsc pokazywanych młodym rekrutom w szkołach i pokazowych makiet regularnie udostępnianym reporterom przez burmistrza.

Jak zawsze, było tu pełno policjantów i wywiadowców, którzy prowadzali zatrzymanych, czyli najczęściej drobnych złodziejaszków, alfonsów, dziwki i cały element, który robił co musiał, żeby przeżyć.

Pewnym zdziwieniem dla inspektora była nowa bramka, która stała przy wejściu. Nie zapikała, gdy przechodził, więc uznał, że dotyczy pewnie wykrywania narkotyków czy czegoś podobnego i nie ma się czym przejmować.

Zostawił młodego w wielkiej sali, a sam przeszedł do pokoju, który przysługiwał mu jako doświadczonemu policjantowi. Siedział tam oddzielony mlecznymi szybami od reszty i wypełniał papierki, gdy wszedł jego szef:

- Zebranie w piątce

- Dobrze szefie

Wstał i poszedł do salki odpraw na piętrze, gdzie siedzieli już koledzy. Odprawa była krótka:

- Niektórzy z was pewnie zauważyli nową bramkę na wejściu. Mamy coraz większe problemy z projektorami i dlatego wprowadzono plan polegający na umieszczaniu czujników, które mają je wykrywać. Nasz komisariat jest jednym z pierwszych, który je dostał. To tyle.

Inspektor nie miał sobie nic do zarzucenia, nie miał nic do zarzucenia również swojej żonie i wiedział, że nie ma czego się obawiać.

Tego dnia mieli jeszcze jedno wezwanie do trupa. Mężczyzna leżał w czerwonym hotelu, a wezwanie było oczywiście anonimowe.

- Co mamy? - zapytał się jednego z techników

- Biały, trzydzieści siedem lat, cios tępym narzędziem, ślady bójki, coś pewnie znajdziemy pod paznokciami, wezwanie anonimowe - odpowiedział tamten szybko i precyzyjnie

Nie musiał nawet specjalnie patrzeć na ciało, żeby wiedzieć co znajdzie, zrobił to jednak z obowiązku.

Wyglądało to rzeczywiście na zbrodnię w afekcie, a znalezienie sprawcy czy sprawczyni nie powinno być trudne.

- Zawsze zostawiają masę śladów – pomyślał rzucając peta – i zawsze będziemy mieli masę roboty

***

Młody człowiek nie do końca wiedział, co go skłoniło do tego, żeby do niej zadzwonić. Wahał się długo. Mieszkała cztery godziny drogi od niego, nie miał zdjęcia jej sylwetki ani zbyt dużo informacji.

To miał być strzał w ciemno.

Był wspaniały lipcowy piątek, a on z mocno bijącym sercem wykręcił numer jej telefonu. Dziewczyna długo nie odbierała i był coraz bardziej przerażony, ale czekał. Wiedział, że jest dziewiąta rano, czyli czas, kiedy normalni ludzie zaczynają urzędować.

- Halo, halo – usłyszał niezwykle zaspany, ale przyjemny głos

- Dzień dobry pani, moje nazwisko Janek Nowak, mogę zająć chwilę?

- Ojej, nic nie sły…, dzień dobry

- Dzień dobry, ja dostałem ten numer tutaj przez znajomych, prosili mnie, żebym do pani zadzwonił i teraz pytanie, czy możemy się spotkać na przykład za tydzień albo za dwa w weekend. Jakie ma pani plany ewentualnie? Czy, czy byłoby to możliwe?

- Eeeee, ja teraz jestem na wakacjach do piętnastego

- Hmmm

- Eeeeyyy, przyjeżdżam w sumie piętnastego w nocy, przylatuję, eeee, a czy ja mogę ewentualnie… bo właśnie się obudziłam…

- A to przepraszam bardzo, przepraszam najmocniej, dobrze, ja zadzwonię później w takim razie, dobrze? Przepraszam, OK?

- Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi – dziewczyna zaczęła się sympatycznie śmiać

- To zadzwonię za godzinę na przykład czy za dwie, dobrze?

- Dobrze, to tak się umówmy, pozdrawiam serdecznie

- Przepraszam bardzo, przepraszam serdecznie jeszcze raz

- Hi hi hi – znowu się delikatnie uśmiechnęła

- Fajnie się zaczęło, dobra, dziękuję, do widzenia, do usłyszenia, do zobaczenia

- Do widzenia

Zadzwonił dwie godziny później, tym razem dziewczyna była rozmowniejsza:

- Halo, halo

- Halo, halo, dzień dobry, ponownie Janek Nowak, mam nadzieję, że nie obudziłem tym razem

- Nieee, w żadnym wypadku, jestem już obudzona i po kawie, tak że mogę rozmawiać

- Ahaaa

- Przepraszam, ale rano po pro… ale rzeczywiście rano… niestety, ale trochę nieprzytomna byłam

- Ale nie ma za co przepraszać, wszystko rozumiem, jakieś imprezy czy coś, OK, byłem piekielny, zadzwoniłem jeszcze w piątek, tak z rana, wprawdzie dziewiąta to może nie była taka najgorsza pora, mam nadzieję, no ale, no rozumiem, no OK.

- Nie, po prostu trzeba to zrozumieć, że jak człowiek jest na urlopie, to właśnie nie o dziewiątej, to wstaje dopiero o dwunastej.

- Nawet tego nie wiedziałem, przepraszam bardzo

- Nie, nic nie szkodzi.

- Hmmm

- Haaammm, tak jeżeli chodzi o spotkanie, to jak najbardziej, tylko że z tym jak mówiłam ja dopiero przylatuję piętnastego…

- Hmmmm

- …i, hmmm, i ten weekend szesnasty, siedemnasty mam już niestety zajęty i nie bardzo jestem dyspozycyjna…

- Rozumiem

- …ale następny weekend dwudziesty czwarty…

- czyli za twa tygodnie

- …jak najbardziej

- hmmm, no dobrze to byśmy się zdzwonili bliżej tego weekendu i tyle.

***

Następnego dnia inspektor wstał jak zawsze, zjadł śniadanie, ucałował ukochaną żonę i skierował kroki do pracy.

Wszystko wyglądało normalnie, wypił kawę, zajmował się dokumentami, poszedł z młodym na lunch. A potem…

Drzwi pokoju wyleciały z zawiasów i zrobiło się i duszno, i głośno.

- Na ziemię!

- Policja, nie ruszać się!!

- Gleba, gleba, gleba!

Tamci ubrani byli w kamizelki, mieli broń ostrą, on się patrzył się na nich jak na idiotów szczególnie, że powoli położył ręce na biurku, a oni dalej się darli celując do niego z automatów.

- Na ziemię!!

- Na ziemię, Policja!

- Policja, gleba, nie ruszaj się!

Nie wiedział co powiedzieć ani nie stawiał oporu, gdy go wyciągali do pokoju przesłuchań. Nie cackali się z nim, gdy go ciągnęli i gdy przykuwali mu rękę do stołu:

- Ty gnido, tak splamić mundur

- Jak mogłeś?

- Ale o co chodzi? - zapytał się krótko

- Dowiesz się, wszystko w swoim czasie

Stół, dwa krzesła i kamera. To wszystko co tu było. Znał to pomieszczenie, bo siedział w nim nie raz… po drugiej stronie stołu oczywiście.

Po kilkunastu minutach pojawił się jego przełożony. Miał gruby plik papierów z kółkiem na przedniej okładce, wokół którego był owinięty sznurek wychodzący z tylnej części okładki. Usiadł, ostentacyjnie otworzył całość, delikatnie przesunął ją w lewo i zaczął powoli przeglądać.

- Tak, dowody są jednoznaczne, wylatujesz

- Ale za co?

Tamten uciekał ze wzrokiem, ale odpowiedział:

- Zostałem poproszony, żeby ciebie wymienić na praktykanta. Bramka wykazała wczoraj wieczorem, że jesteś zakażony. I nie ma żadnego ale, wynik był sprawdzany trzy razy, również dzisiaj. Ze względu na przebieg służby zachowujesz prawo do minimalnej emerytury. To tyle.

Porucznik nacisnął przycisk interkomu. Po chwili do pokoju wszedł jego partner, którzy przypatrywał mu się z nienawistną miną.

- Rozkuć. Wyprowadzić. Dopilnować, żeby nic nie mówił – warknął porucznik

Młody nic mówił i nawet nie skomentował, gdy szef podał mu rękę:

- Powodzenia

Inspektor w kilka minut znalazł się poza komisariatem. Nie miał możliwości pożegnania się, jego rzeczy spakował ktoś inny. Wszystko stało się tak szybko, że nawet nie wiedział co o tym myśleć. Wyprowadzono go niczym złoczyńcę, wszyscy unikali jego spojrzenia, nawet rzeczy oddano mu niczym niepotrzebną kość wściekłemu psu.

- Masz - usłyszał pogardliwe słowo od seksownej koleżanki z pokoju naprzeciw, gdy rzucała reklamówkę na ziemię.

Nie oglądał się, tylko wziął co jego, odwrócił się i poszedł przygarbiony w stronę domu taszcząc ze sobą małą reklamówkę z kroplami do oczu i starą parasolką kupioną kiedyś na wyprzedaży.

- Jesteś już – rzuciła w domu jego ukochana żona - zaraz będzie obiad

- Tak, jestem.

Usiadł w swoim bujanym fotelu, wziął do rąk ulubioną książkę, ale dalej już nic nie powiedział. Nie odzywał się również w trakcie obiadu ani wieczorem, nie zdziwiło to jednak żony, która była przyzwyczajona do jego okresów ciszy. I tak rozpoczął się weekend.

W sobotę jak zawsze pojechali na wycieczkę. Było wspaniale, zachowywali się jak nastolatkowie, nie żałował jej niczego i cieszył się, gdy wrócili szczęśliwi niczym para nastolatków.

W poniedziałek rano poczuł, jak ktoś go szarpie za ramię.

- Wstawaj śpiochu, nie nastawiłeś budzika

- Właściwie to muszę ci coś powiedzieć. Wyrzucono mnie z pracy

Żona go odepchnęła, a on zapadł w sen. Gdy się obudził, jej już nie było, nie było też jej ubrań ani walizek.

- Pojechała do mamusi - pomyślał - zawsze ucieka

Przekręcił się na drugi bok i spał dalej.

***

Chłopak wysiadł z pociągu.

I wtedy ją zobaczył, była całkiem sympatyczna i trzymała kawę ze Starbucksa.

- O matko – pomyślał – kawa ze Starbucksa, telefon pewnie od Apple, a samochód to Audi albo coś sportowego

- Nic nie piłem całą drogę, możemy pójść wpierw na kawę? – zaproponował patrząc się wymownie na jej kubek

- Ja w sumie tej nie dokończę, masz – podała mu swoją z dziwnym błyskiem w oku

Zaniemówił. Nie wiedział, czy przyjąć ten dziwny podarunek czy nie. Pić po kimś, też coś. Stać go było na kawę, z drugiej strony odmówić dziewczynie w pierwszych pięciu minutach mogło skutkować utratą cennej znajomości.

- Raz się żyje – pomyślał – nieźle się zaczyna, sympatyczna, ale mimo to jakaś hipsterka, no nic, trzeba to wziąć na klatę

Wziął kawę i ją wypił, a następnie poszli nad jezioro, na dyskotekę na statku, na stare miasto i skończyli u niej w domu. Nie kochali się tej nocy, gdyż amory były ostatnią rzeczą, która przychodziła im do głowy. Woleli rozmawiać. Uparła się, żeby został do piątej, gdy będzie miał pierwszy pociąg i ledwo wtedy żyła, nie przeszkodziło to jednak w tym, żeby go odwieźć na dworzec.

Tak zaczęła się ich znajomość…

***

Inspektor wpierw próbował znaleźć gdzieś pracę, po kilku miesiącach dał sobie jednak spokój i zajął się siedzeniem w bujanym fotelu i patrzeniem na świat za oknem. Pogodził się z myślą, że nikt nie chce wyrzutka i przyzwyczaił do tego, że wielu pożal się Boże przedsiębiorców widziało w nim tylko glinę, który kiedyś na nich polował.

Żona wprawdzie wróciła, ale byli sobie obcy i spali zupełnie oddzielnie.

Czuł się winny, że nie przynosił jej tyle pieniędzy co kiedyś i że nie miał gdzie się podziać.

- Ja ciebie nie znoszę, ją ciebie tylko toleruję - wykrzyczała mu podczas jednej z regularnych kłótni.

Coraz częściej popadał w otępienie, coraz rzadziej słuchał tego co mówiła uważając, że zrzędzi i gada trzy po trzy.

Zajmowała mu głowę sąsiadami, a zwłaszcza dziewczyną, która z wypiekami na twarzy opowiadała o jej chłopaku, który ją odwiedzał.

Nie poddawał się i bywał u niej regularnie, nawet wtedy, gdy miała problem ze zdrowiem albo czuła się źle. Potrafił przyjeżdżać o północy i wracać do siebie pociągiem o szóstej. To musiała była miłość i uczucie, nikt normalny nie jedzie przecież ośmiu godzin tylko po to żeby z kimś na chwilę być.

Ona też nie była mu dłużna i kiedyś spędziła całą noc w samochodzie, bo musiała sprawdzić, dlaczego nie odbiera telefonów i czy mu się nic nie stało.

Historia dobra na film z gatunku tych przy których kobiety ronią tony łez.

Inspektor nie miał co robić, więc w końcu z ciekawości ich dokładnie podejrzał i posprawdzał.

Stary nawyk z minionej epoki.

Nie powodziło się młodym, zarówno ona jak i on mieli problemy w pracy, co było dziwne biorąc pod uwagę jak bardzo byli wykształceni, pracowici i zdolni.

Zupełnie jakby komuś podpadli.

***

Tego dnia inspektor był w sklepie, gdy przy którejś kobiecie zapiszczała bramka.

Widział już nieraz ten scenariusz.

Gdy bramka piszczała, to szybko pojawiała się policja, a winowajcę czy winowajczynię skazywano za używanie projektora.

Tym razem jednak coś się zmieniło. Kobieta próbowała uciec z centrum handlowego, gdy napadło na nią dwóch drabów.

Nie był już gliną, ale dał znać długoletni nawyk i ruszył za nimi w pościg.

Byli zamaskowani i ciągnęli ją na parking, chciał już krzyknąć „Stać policja” gdy dostał w łeb i zapadła ciemność.

***

Gdy się obudził, okazało się, że siedzi na rurkowym, aluminiowym krzesełku. Jego kostki przykuto kajdankami do zimnego metalu, tak samo ręce. Był w małym pokoju, naprzeciwko niego stał stół, a za nim siedział mężczyzna. Ściany pokoju pomalowano na biało, na jednej widać było lustro, w rogu z góry patrzyła się na nich przenośna kamera.

- Szkło weneckie - pomyślał – prawie jak u nas

Pokój rzeczywiście wyglądał jak miejsce z jego komisariatu, nawet taki sam stół był z Ikei.

Mężczyzna miał na sobie bandankę, która zakrywała połowę jego twarzy. Ubrany był w czarną skórzaną kurtkę i czarny T-shirt.

- Inspektor z komisariatu piątego. Camelot czy jak go tam nazywacie. Dobre sobie. – tamten przeglądał jakieś dokumenty i uśmiechnął się szeroko – Inspektor, a właściwie były inspektor. Zdrajca skazany za używanie projektora.

Milczał.

- Czego ty właściwie chciałeś dziadku?

Dalej milczał.

- Chcieliśmy uratować babę przed łapami takich jak ty, za dużo ich siedzi w więzieniach. A wiesz co najlepsze? Że projektor to hormon szczęścia i odpowiedni aktywator. Wszyscy to mamy, tylko jedni więcej, a inni mniej. No i co mamy z tobą zrobić?

Dalej milczał.

- A wiesz, że ciebie też wrobili?

Zacisnął zęby. Podejrzewał to od dawna.

- Dobra dziadku, to trochę historii.

Drab wyciągnął z kieszeni niewielki spraj.

- Aerozol, trochę hormonu, aktywatora i kilka innych nieszkodliwych rzeczy. Pobierane z genetycznie hodowanych kolonii. Identyczne z tym co produkują mózgi zakochanych. Wszystko początkowo powstało po to, aby panie mogły podobać się swoim ukochanym. Kiedyś potrzebowały kosmetyków, szminek, pantofelków i masy innego śmiecia, a tu wystarczył niewielki środek podany ukochanemu, żeby ten inaczej postrzegał wybrankę czy kobietę, która po prostu miała na niego ochotę. Dla pań to było zbawienie. Przez lata wychodziły z siebie, żeby być bardziej atrakcyjne i kończyły im się pomysły. I w końcu wymyśliły.

To się robiło ciekawe, inspektor wiele razy słyszał historię, że pierwszą wersję specyfiku stworzyła niejaka Bijata. Nikt jej nie widział, ale wszyscy o niej słyszeli.

Musiał się chyba zamyślić, bo tamten przerwał w pół słowa.

- No co? Produkcja projektora to dobra rzecz. My tylko zaspokajamy potrzeby. Świadczymy usługi dla ludności, że tak powiem. A przy okazji chronimy ludzi przed pierdlem.

Słuchał tego z rosnącym zaciekawieniem i pomyślał o modzie, która zmieniała się za jego życia.

Coraz skromniejsze ubrania, minispódniczki i dziury w spodniach były? Były

Masowe malowanie nagich cycków spowszedniało? Spowszedniało

Obroże na szyje? Były

Kajdanki na przegubach? Oczywiście, że tak

Przezroczyste majtki? Też

Może tamten miał rację i to już nie działało?

- To dlaczego rząd to zwalcza? Dlaczego tyle ludzi ginie? – odezwał się w nim duch rasowego psa

- A widziałeś kiedyś, żeby rząd rezygnował z zysków? Wielkie firmy farmaceutyczne płacą krocie w podatkach od leków i suplementów diety, szpitale i kliniki też naprawdę nieźle zarabiają. Myślisz, że ktoś chce, żeby ludzie byli szczęśliwi?

- No ale ludzie się zabijają.

- No to wszystko w zbyt dużej dawce zabija. Chciałbyś się pieprzyć dwadzieścia cztery godziny na dobę? A tak właśnie robią niektóre idiotki, aplikując to kochasiom albo kochasie aplikując to swoim kurwom. A poza tym, jak coś jest zabronione, to wielu robi podróbki, a te rzeczywiście są zanieczyszczone. No i mamy nie tylko wersje generyczne, ale też ukierunkowane. To już wyższa szkoła jazdy, która kosztuje niebotyczne kwoty, dopiero tu jak coś zrobisz źle, to mogiła.

- Po co mi to wszystko mówisz?

- Bo rząd jest skąpy, a ty znasz hasła do komisariatu. I nam je podasz, żebyśmy mogli poznać listę podejrzanych. Zapłacimy.

- Żartujesz chyba

- Jesteś idiotą. Wszyscy to mamy i projektor służy do walki politycznej. A torturować cię nie będziemy dziadu, podałbyś te nieprawidłowe, te, które blokują system cichym alarmem, albo włączylibyśmy troje boty

- Jakie boty?

- To nie wiedziałeś? Chodzisz na krótkiej smyczy...

***

Po dziwnej rozmowie uśpiono go i nieprzytomnego wyrzucono pod domem. Zaopiekował się nim jeden z sąsiadów, wezwano nawet lekarza.

Zostawili mu tylko numer w komórce i nie miał im za złe, że go tak porzucili. Nie tracił nawet czasu na znalezienie ich telefonu, wiedział, że są tysiące sposobów na ich ukrycie i każda próba odszukania mogła ich spłoszyć. Tak sobie to tłumaczył, a w głębi ducha czuł, że mogą mieć rację i że jak chcą to niech sobie walczą, on już jest za stary, żeby przeszkadzać i wyskakiwać im z ideologią.

Następnego dnia wciąż siedział w domu i wracał do siebie, gdy wpadła jego żona z sąsiadką. Kobiety były w szoku.

- Zabrali go, pod zarzutem używania projektora. No zróbże coś człowieku, zadzwoń do kumpli, czy coś – żona o dziwo chciała, żeby pomógł.

Dziewczyna aż dygotała:

- Kocham go. Pożarliśmy się. Może i nie jest idealny, ale na swój sposób go kocham. Pan pomoże. Proszę…

Podjął decyzję. Młodzi ludzie nie zasługiwali bagno, które stworzyli starzy. Na pewno nie mieli nic na sumieniu i trzeba było ratować ich związek.

Właśnie dlatego inspektor podał hasła, akcja odbyła się tydzień później, jednak chłopak po wyjściu na wolność nie był już tak atrakcyjny.

Przebadano go i okazało się, że nie wydziela już feromonów, wstrzyknięto mu coś albo zwyczajnie znalazł inny obiekt swojego zainteresowania…

***

Z czasem rząd przyznał, że walka z projektorem nie ma sensu, gdyż większość populacji jest zakażona, a testy są nieskuteczne. Znacząco przyczyniła się do tego działalność sąsiadów inspektora, którzy chodzili na wiece i spotkania i byli wielokrotnie badani.

Złożono oficjalne przeprosiny, wypuszczono ludzi z więzień, zapłacono odszkodowania.

Scenariusz znany i przerobiony za czasów prohibicji czy przy narkotykach, niemniej jednak była jedna drobna, acz znacząca różnica.

Nastała era szczęśliwości, która stała się ostatnią w historii ludzkości.

Wszyscy przesadzali ze szczęściem w spraju i w końcu się od niego uzależnili. Idealne związki spowodowały, że ludzie stracili chęć na cokolwiek. Nie było zdrad, nie było nieślubnych dzieci, wiele par popadło w marazm. Wszyscy zaczęli żyć w monogamii i nie mogli się od tego uwolnić, zaczęto notować coraz więcej samobójstw i zabójstw, aż w końcu wszyscy wymarli.